Olsztyńskie skałki na autopilocie
Wspomnienia
Ostatni tydzień był zdecydowanie spokojniejszy od poprzedniego, choć jeszcze nie całkiem spokojny. W powietrzu iskrzyło od nadmiaru kawy, którą próbowałem powstrzymywać opadające z niewyspania powieki. Niewyspany i przekawowany człowiek robi się nerwowy i niewiele trzeba, żeby zamglenie umysłu przerodziło się w burzę gradową. Trochę lodu i parę gromów ze mnie w istocie wyleciało. Spokojniej zrobiło się koło czwartku, kiedy w końcu odespałem NOC-Kę w ZPAFie i pozostałe przygody minionego tygodnia.
Chwilą relaksu było środowe spotkanie na Chebziu przy okazji Olkowego wernisażu w Galerii Fermata. Nawet krótki, godzinny wypad z rutyny zmienia perspektywę i sprawia, że pytanie "Co przyniesie dzień?" znowu ma sens. Odpowiedź przyszła wraz z Natalią, miłośniczką Olkowej fotografii architektury, która pojawiła się na wernisażu w nadziei na kilka wskazówek od mistrza dziedziny. W reakcji na jej akcję, szybko zrodził się pomysł ArchiPleneru Klubu fotograficznego "Źródło" z Aleksandrem Orszulikiem. Foto-spacer jest w przygotowaniu. Niebawem zostanie ogłoszony i będzie to spacer ogólnodostępny, podczas którego Olek opowie o swoich sposobach fotografowania architektury. Nie mogę się doczekać!
Mając w końcu więcej czasu dla siebie, skorzystałem też z trafnej uwagi Janusza, by akumulatory ładować od razu po powrocie z pleneru, co zrobiłem już ubiegłej niedzieli, dzięki czemu w minioną sobotę na Jurę pojechałem doskonale zelektryfikowany. Rozszerzyłem też ten manewr na inne dziedziny życia i na wycieczkę ruszyłem nie tylko z pełnymi bateriami, ale też napełniony czterema porcjami espresso. Doszedłem już do takiej wprawy, że cztery shoty, jeden po drugim, nie są w stanie mnie roztelepać i w efekcie potrafię być na chodzie od piątej rano do dwunastej bez dodatkowego tankowania. Po dwunastej przychodzi kryzys, kiedy połowiczny rozpad kofeiny staje się rzeczywistością i w krwiobiegu krew zaczyna brać górę nad kofeiną. Powieki ulegają wtedy siłom grawitacji niczym płochliwy wspinacz przed cruxem na sześć-trójce i ustawienie ostrości w aparacie trzeba ufnie powierzyć autofocusowi.
Wycieczka
W tym miejscu moje wspomnienie płynnie przechodzi do tematu głównego Jurajskich szlaków, czyli do wycieczki krajoznawczo-fotograficznej. Na ostatni spacer udało się w końcu pojechać w sobotę, bo w piątek nie było żadnych nocek do odrobienia, a co za tym idzie, szlak mógł być dłuższy. Trudno tu ocenić jak długi był w rzeczywistości, bo włóczyliśmy się głównie na azymut wędrując od wzniesienia do wzniesienia, czy od skałki do skałki, ale gdzieś koło dziesięciu kilometrów musiało to być. Na szlaki wchodziliśmy na krótko, głównie żółty i czerwony, ale zielony też mi gdzieś mignął na drzewie. Celem tej wycieczki były cztery wzgórza gęsto usiane jurajskimi ostańcami, czyli Boniek, Biakło, Lipówki i wzgórze zamkowe w Olsztynie. Wszystkie znajdują się na osi południe-północ patrząc od parkingu leśnego w kierunku Olsztyna.
Tak też sobie wędrowaliśmy, najpierw lasem, szlakiem żółtym i zielonym, aż do wzgórza Biakło, które zaskoczyło nas huraganowym wiatrem, pomimo całkiem ładnej pogody. Pokręciliśmy się chwilkę na szczycie i ruszyliśmy w kierunku Lipówek, gdzie dziwiłem się, że tyle tam obitych łatwych dróg wspinaczkowych. Szczerze mówiąc, nie miałem o nich pojęcia. Stamtąd ruszyliśmy odważnie w kierunku zamku, którego warowne mury, drewniany płot i emerytowany bileter w bramie wydatnie spowolniły chyżość naszego natarcia. Po chwili rekonesansu udało nam się jednak znaleźć słaby punkt obrony Orlego Gniazda i wdarliśmy się w jego peryferia nie płacąc po 10zł od osoby za wstęp. Uważam to za układ jak najbardziej uczciwy, gdyż dziedziniec starego zamku znacznie mniej nas wabił niż znajdująca się za nim Dziewica stojąca nieopodal Szafy, zaś płacenie po 10zł od osoby za jej oglądanie zdecydowanie źle wpłynęłoby na jej reputację.
Powspominawszy chwilkę, gdzież to, lat temu naście, Dziewicę obmacywałem i którędy na nią wlazłem, zwróciliśmy się w kierunku południowym, ku kudłatej czuprynie Bońka.
Dzisiejszą opowieść snuję w liczbie mnogiej, bo jak zawsze wędrowaliśmy z Olą. Tym razem jednak, liczba jest bardziej mnoga za sprawą Michała, byłego dyrektora artystycznego wspomnianych już w poprzednim wpisie "Lawin", który w przebraniu Nieznanego Wędkarza dołączył do naszej wycieczki. Czyni go to de facto pierwszym uczestnikiem i nieumyślnym współtwórcą Jurajskich Plenerów Klubu fotograficznego "Źródło". Może nie jest to na ten moment wydarzenie szczególnie doniosłe, ale być może, za lat kilka, będą wokół niego krążyły legendy. Nigdy nie wiadomo kiedy zwyczajna wycieczka jurajska przemienia się w zdarzenie legendarne.
Gdy już zagadka liczby mnogiej w tym opowiadaniu została rozwikłana, mogę wrócić do opowieści, która teraz dostaje rumieńców. Otóż, nasza wycieczka, w liczbie bardziej mnogiej, znudziwszy się szczelinami Dziewicy, ruszyła ku Bońkowi, na którego czole północnym, gdzieś pomiędzy czupryną, a wąsami stękał Lukas. Cóż to za niezwykły zbieg okoliczności, że spośród tysięcy jurajskich skałek, Lukas tego dnia wybrał tę właśnie, pod którą myśmy przypadkiem przechodzili!
Lukas do płochliwych wspinaczy nie należy i nie straszne mu grawitacja, ani wąsy Bońka, i sześć-trójkę wciągną pomimo demonstracji jednych, malutkich, wręcz dla niewprawnego oka niezauważalnych "drzwi od stodoły". Zrobiłbym mu zdjęcia, kiedy tak sprawnie pokonywał trudności, ale zajęty byłem zjadaniem kromki. Zdjęcia za to zrobiłem nowemu koledze, który zajął moje miejsce na drugim końcu liny, stanowiąc skuteczną przeciwwagę podczas ewentualnych upadków Lukasa.
Chwilkę pogadaliśmy, zerknęliśmy w czeluści bońkowej Studni i w trójkę ruszyliśmy w stronę parkingu. Po drodze powspominaliśmy letnie przygody, głównie Michałowe sierpniowe wejście na Triglav w Alpach Juljskich i nasze wejście do delikatesów mięsnych w Predazzo. Nim się obejrzeliśmy, byliśmy w aucie.
Fotografia
Podtytuł tego wspomnienia brzmi "Olsztyńskie skałki na autopilocie" i nadszedł czas odnieść się do tego. Otóż w ciągu minionego miesiąca próby zgłębienia wbudowanego w aparat procesora obrazów jpg pochłonęły mnie do tego stopnia, iż postanowiłem zostać profesjonalnym amatorem fotografii. Stąd, po latach ręcznego ustawiania wszystkiego, co się w aparacie da ustawić, w końcu zapragnąłem użyć autofocusa. Cóż to za wspaniały wynalazek! Po włączeniu, zielone kwadraciki migają na matówce jak oszalałe, zasłaniają wszystko, co mógłbym chcieć sfotografować i próbują ustawić ostrość na to coś. Nie wiem, skąd wiedzą na co mają ostrzyć, ale one wiedzą i ostrzą.

Jako prawdziwy amator muszę wiedzieć, co one wyprawiają, więc dwie godziny minionego tygodnia poświęciłem na wykłady o systemach autofocusa w serii apratów Sony Alpha. Wyedukowany w teorii, postanowiłem sprawdzić jej działanie w praktyce. Praktyka pokazała zaś, że funkcja Full-frame lock-on autofocus bardzo się przydaje podczas wędrówki ze znajomymi, kiedy stają się celem fotografa. Algorytm systemu wybiera obiekty ruchome lub znajdujące się najbliżej centrum kadru i obiektywu, lub zbliżające się, a następnie skupia swoją uwagę na nich. W realnych warunkach, poruszający się nieopodal piechurzy zostają trafieni z celnością snajpera. Gorzej zaś funkcja wypada w przypadku rozległego pejzażu, gdzie nic się nie rusza i wszystko jest daleko. W tej sytuacji pojedynczy punkt w centrum kadru będzie lepszym rozwiązaniem, chyba że chaotyczne poszukiwania aparatu kogoś bawią. Mnie nie.
Tych funkcji ustawiania ostrości jest dość sporo, ale ogólny podział jest zrozumiały. Ostrość ustawiana jest ciągle, raz lub wcale. Wcale zawsze mi się podobało, bo mogłem sam. Raz jest dobre do fotografii skałki, ciągle do kołyszącej się gałązki jałowca i wspinacza dyndającego po upadku. Zaś miejsce realizacji tych zadań w obrębie kadru to już trudniejszy temat. Dawniej zwykłem wybierać środkowy punkt obrazu i kadrować z wciśniętym do połowy spustem. Przy dużej głębi i większej odległości ostrzenia się sprawdzało, ale płomyk pod kawiarką nie zawsze wychodził mi ostry. Przyszedł zatem pomysł zlecenia roboty śledzenia obiektów systemowi autofocusa w nadziei, że zniweluje moje mikro ruchy, gdy oddycham.
Będę ćwiczył, ale szkoleniowcy mówią, że w przeciwieństwie do aparatów innych producentów, aparaty Sony świetnie radzą sobie z celowaniem całą ramką (Full-frame). Stąd też taki był mój wybór i pierwsze rezultaty są bardzo zadowalające. Badania jednak trwają.
Drugą z amatorskich funkcji, którą postanowiłem wypróbować to Auto-object framing. Funkcja automatycznie kadruje wykonane zdjęcie do portretu lub makro, gdy tylko rozpozna taki właśnie temat. Muszę przyznać, że z włączoną funkcją Face-recognition (rozpoznawanie twarzy), gdy tylko system automatycznego ustawiania ostrości wyostrzy na twarz, funkcja Auto-object framing bardzo skutecznie wycina portrety z szerszego kadru. Co prawda wszystkie wyrzuciłem, bo sam umiem zdecydować, kiedy chcę zrobić portret, ale funkcja działa i rzeczywiście jest skuteczna.
 |
| Ten niezwykły portret Nieznanego Wędkarza wykonałem sam. Auto-object framing wyciął Michała w pionie. |
Trzecią z funkcji, połączoną z powyższymi jest funkcja wygładzania skóry twarzy. Funkcja jest aktywowana, a maska wygładzania aplikowana na obszar twarzy, gdy tylko system autofocusa rozpozna i ustawi ostrość na twarz. Co ciekawe, maska wygładzania nie jest nakładana na cały obraz, a jedynie na twarze. Można też kontrolować siłę jej działania. Ja próbowałem najsłabszą i zdjęcia wyglądają kiepsko. Przypomina to karykatury, które są dość powszechne na Instagramie. Raczej nie będę korzystał. Za to na pewno spróbuję zaprogramować aparat na rozpoznawanie twarzy Oli i reagować na jej uśmiech.
 |
| Lekko wygładzona buzia Lukasa traci szlachetny, wyrazisty rys. |
Z większych sukcesów, może mniej amatorskich, bo przypominających raczej pracę w programach typu LR lub PS, mogę wspomnieć opanowanie funkcji Dynamic Range Optimizer. Dotąd, jeśli już, używałem tej funkcji w ustawieniu Auto, które pozwala rozjaśniać zbyt głębokie cienie bez zaangażowania operatora. Efektem były częste wariacje w kontraście zdjęć wykonanych w trakcie jednej wycieczki. Jako, że te wariacje mi przeszkadzały, opanowałem manualne ustawienia Optimizera.
Klucz, jak mi się zdaje tkwi w obserwacji histogramu i pomiaru światła na światła. Kiedy konieczna jest korekcja na minus, tym samym pogłębienie cieni, należy ręcznie zwiększyć wartość Optimizera o równowartość ujemnej korekcji ekspozycji. W ten sposób zasada triady naświetlenia aplikuje się i do tej metody pracy, a efekty są zupełnie naturalne i nie zdradzają post-produkcji. Jeśli rozjaśnienia cieni będą zbyt agresywne, może pojawić się szum i podobno w tym momencie należy użyć funkcji HDR. Sprawdzę. Wezmę statyw.
Dystans: 35km.
 |
| Przybliżony zapis naszej drogi. |
 |
| Ciągle płasko, ale na Jurze tak to już będzie. |
 |
| My jeszcze kończymy kanapki, autofocus już pracuje. |
 |
| Nieśpiesznie ruszamy na szlak. Autofocus się spieszy. |
 |
| Autofocus trafia i śledzi ruch gałązek na wietrze. |
 |
| W drodze na Biakło, huragan nam nie straszny. Mamy autofocus. Buzia wygładzona. |
 |
| Full-frame lock-on autofocus trafia szybko, nawet na wietrze. |
 |
| Z Biakła spoglądamy na północ. Naświetlam na światła, las rozjaśniam Optimizerem. -1,3EV. |
 |
| Z Lipówek spoglądamy na Biakło. Kontrast pod kontrolą. -1EV. |
 |
| Drobne cwaniaczki robią podkop pod zamkowym skarbcem. -1EV. |
 |
| Podkop jest dość długi. -1,3EV. |
 |
| Autofocus słusznie uznał, że ostrość powinna paść na Olę. -1,3EV. |
 |
| Michał szuka Hefalumpów w jurajskich dziurach. |
 |
| Lukas Bońkowi się nie kłania. |
 |
| Nieodzowna kawa przed podróżą do domu. |
Lektura dla ciekawskich:
Komentarze
Prześlij komentarz